To nie ja wymyśliłem laczki!

Wieloletni dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych im. mjr Hubala w Starogardzie Gdańskim Andrzej Bona przeszedł na emeryturę. Udało nam się porozmawiać z nim na bardzo ciekawe tematy. Korzystając z okazji bardzo dziękujemy mu za dotychczasową pracę i życzymy wiele dobrego. 

 

to-nie-ja-wymyslilem-laczki-4898.jpg

Rozmowa z Panem Andrzejem Boną, wieloletnim dyrektorem Zespołu Szkół Zawodowych w Starogardzie Gdańskim, który zdecydował się odejść na zasłużoną emeryturę.

Red.: - 34 lata przepracowane w Zespole Szkół Zawodowych, 12 lat na stanowisku dyrektora naczelnego – to mnóstwo wspomnień, ale i osiągnięć, zapewne niemała zawodowa satysfakcja. Tymczasem na uroczystości pożegnalnej w ZSZ zażartował Pan, że dyrektorem został Pan niejako z przypadku. Jak to rozumieć?

Dyrektor Andrzej Bona: - Po prostu  trafiałem na takich ludzi, którzy ułatwiali mi podejmowanie pewnych kroków, wskazywali drogę, potrafili pokazać zalety bycia nauczycielem, kierownikiem szkolenia praktycznego, wicedyrektorem, w końcu dyrektorem…

Red: - Czyli jako młody człowiek nie myślał Pan o karierze zawodowej w szkole?

A.B.: - Nigdy nie sądziłem, że zostanę nauczycielem. W  mojej rodzinie nie było takich tradycji, raczej sądziłem, że będę pracował w jakimś zakładzie związanym z motoryzacją, zgodnie z moim wykształceniem. Po każdym etapie kształcenia planowałem wrócić do Poznania, skąd pochodzę. Tymczasem trafiłem na studia na Politechnikę Gdańską, poznałem moją przyszłą żonę i zamieszkałem w  Starogardzie, bo po prostu tu można było jeszcze uzyskać mieszkania dla młodych. Przez pewien czas pracowałem w Nowym Dworze Gdańskim jako nauczyciel praktycznej nauki zawodu, potem w Starogardzie, w szkole podstawowej nr 7, w końcu trafiłem do ZSZ.

Red:  - Dlaczego jednak szkoła?

A.B. - Przez pewien czas pracowałem w innej branży. Nie ukrywam, że do pracy w szkole skusiła mnie stara karta nauczyciela i związane z nią przywileje. W tym czasie pensje w różnych sektorach były jeszcze porównywalne, pracując w szkole nie zarabiało się mniej niż na dobrych stanowiskach w innych miejscach.

Red: - Nigdy nie żałował pan decyzji, żeby zostać nauczycielem?

A.B. – Nie, nigdy. Lubię młodzież, lubię kontakt z ludźmi. Czasem jako dyrektor musiałem podejmować niepopularne decyzje, ale starałem się nigdy nie stawiać spraw na ostrzu noża… Nigdy też nie zamieniłbym pracy w szkole np. na robienie kariery w polityce.

Red: - Jak wyglądały te szkolne początki w Starogardzie?

A.B. – Jak już wspomniałem, początkowo trafiłem do podstawówki, jako nauczyciel zajęć praktyczno – technicznych, a w ramach uzupełnienia etatu uczyłem też geografii – bo lubiłem. Wreszcie dostałem telefon z ZSZ, że pojawiła się tam możliwość pracy dla mnie. I tak 1 września 1984 roku zostałem nauczycielem przedmiotów zawodowych w Zespole Szkół Zawodowych w Starogardzie Gdańskim.

Red: - To był pewnie duży wstrząs po pracy w podstawówce…

A.B. – Początkowo wszyscy mnie straszyli i dziwili się, do jakiej szkoły chcę iść… Tymczasem w podstawówce miałem różnych uczniów – i wzorowych, i takich sprawiających problemy. Przyszedłem do ZSZ i okazało się, że jest tu wiele znajomych twarzy.  W tym tych uczniów, z którymi w podstawówce były spore problemy. Ale okazało się, że tu te problemy są znacznie mniejsze, w szkole panuje porządek i dyscyplina. Po prostu jest ok.

Red: - No tak, te słynne kapcie, w których muszą chodzić wszyscy uczniowie, robią swoje, mówiąc żartem.

A.B. – To nie ja wymyśliłem laczki! Choć rzeczywiście, pomagają w utrzymaniu porządku, nie tylko w sensie czystości. Dostałem salę 203, możliwie najbardziej oddaloną od gabinetu dyrektora i zaczęło się  normalne szkolne życie.

Red: - Jakie ma Pan najlepsze wspomnienia związane z tą szkołą?

A.B. – Chyba pierwsze lata pracy… Jeszcze bez obowiązków kierowniczych i związanej z tym odpowiedzialności…

Red: - To prawda, że „kiedyś było lepiej” ?

A.B. – Nieprawda. Młodzież z dawnych lat niczym nie różni się od dzisiejszej. Wcale nie jest gorsza. Może z niektórymi rodzicami trudniej się współpracuje, są bardziej roszczeniowi. To się zmieniło chyba jednak wraz z transformacją ustrojową. Wraz z większą wolnością przyszła też większa samowola, egoizm. Wcześniej było biedniej – ale chyba weselej…

Red: - I nigdy nie miał Pan ochoty rzucić tego wszystkiego i wyjechać w Bieszczady?

A.B. – Nie. Wspomnienia mam na ogół miłe. Niemiłe szybko wylatują z pamięci. Moja praca byłaby trudniejsza, gdyby nie dobre grono pedagogiczne, w którym nie było konfliktów niemożliwych do polubownego rozwiązania. Moim zdaniem dobra atmosfera w pracy jest ważniejsza nawet niż miejsce szkoły w rankingach. Szkołę tworzą ludzie. Z niektórymi osobami szczególnie dobrze mi się pracowało, nadajemy na tych samych falach. Myślę tu o pani Annie Potulskiej, naszej  księgowej i o panu Łukaszu Kromerze, wicedyrektorze – nie zdecydowałbym się zostać dyrektorem, gdyby on nie zgodził się być wicedyrektorem. Oczywiście nie umniejszam tu roli innych moich współpracowników.

Red: - Czego Panu będzie brakować na emeryturze?

A.B. – Na pewno nie setek dokumentów do podpisywania (śmiech)! Pewnie codziennego kontaktu z uczniami, podejmowania decyzji – ale z drugiej strony będę mógł dzięki temu żyć spokojniej.  Nie żegnam się jednak ze szkołą. Z radością pozostanę członkiem grona pedagogicznego, jeśli tylko znajdzie się dla mnie miejsce.

Red: – Dziękuję za rozmowę i życzę wielu kolejnych szczęśliwych chwil, także w szkole.